.

14 listopada 2016

UCZUCIA Z DWORCA WZIĘTE

Podniosłam wzrok ku przeciw i obgryzałam wargę. Zawsze tak jest, kiedy coś nie idzie w dobrą stronę. I ten błysk w oku. Szal otulający moją szyję i czerwony płaszcz, przez który rzucałam się w oczy. Gołębie próbujące zmieszać się w tłumie. Tablica odjazdowa. Stacja docelowa zmieniona. I tak co pewien czas. Ten dźwięk... Jak na loterii -teoretycznie wiesz, czego się spodziewać, ale w rzeczywistości nie wiesz, na co trafisz. Ludzie, którzy wpadali i wypadali z dworca. Kobieta, która spacerowała z telefonem w ręku z miejsca na miejsce. Wyglądała, jakby kogoś wyczekiwała. Zmieszana, odeszła po piętnastu minutach. Możesz wieczność czekać na osobę, a się nie doczekasz. Widziałam mężczyznę z jedną nogą o kulach. Radził sobie całkiem kongenialnie. I pomyślałam, jakby to było żyć bez jednej kończyny. Paskudnie. Tylko to mi przyszło na myśl. Nie mogłabym tak, nie w moim stylu życia. Moim oczom pojawiło się kilkadziesiąt osób. Każdy miał jakiś swój cel na tym dworcu. Katowice. Częstochowa. Kraków. Warszawa. Na wszystkie części kraju rozdzielały się pary, rodziny, przyjaciele. Część była samotna jak... ja. Siedziałam tam i tak czekałam. Nie miałam nic już do załatwienia, nic do naprawienia, nic tylko czas. Siedziałam i obserwowałam. Wyłączyłam się na moment. Te gołębie, ci ludzie, ten tłum i ta tablica, szum walizek, szepty i pożegnania, powitania, dźwięk monet wpadających i wypadających. Chyba nigdy się tak nie czułam. To wszystko mnie chciało przygnieść, ale jakby nie mogło. Wyłączyłam się. I nagle wszystko ucichło, dosłownie.




Wiecie, to nie tak, że nic nie słyszałam. Nie ogłuchłam nagle na łódzkim dworcu. Po prostu odczuwałam to pod mniejszą presją. I wtedy zrobiło mi się tak cholernie niemiło. Poczułam siebie. Moje myśli były głośniejsze od tego wszystkiego. Taki ze mnie człowiek, czasem takie momenty właśnie górują nad tymi innymi, mniej błahymi. Nasłuchałam się ich wszystkich. Naoglądałam się równie dużo. Słyszałam rozmowę matki z dzieckiem. Żegnała się, dała znać, że jest już w pociągu, choć wcale tak nie było. Matki chyba to mają, trochę poprawiają historię. Dawała ostatnie rady i ciepłe słowa. Widziałam parę, która wprawiła mnie w mały dyskomfort. Jak można kochać kogoś tak bardzo, żeby płakać opuszczając drugą połówkę? Jak bardzo muszą być blisko, żeby przeżywać coś takiego w naszych czasach? Kilometry przecież da się pokonać. Mogą się zobaczyć, kiedy tylko będą chcieli. Nie trzeba od razu tego przeżywać tak, jakby jechali na dwa inne bieguny. Starałam się nie przyglądać, ale łez w jej oczach nie dało się nie zauważyć. I jego troski. I całego ich parzącego mnie uczucia. Widziałam później drugą parę. Ta była ciekawa, żartobliwie mówiąc. Ona z różą w dłoni, on zaś z butelką piwa. Naprawdę. Stopień ich uczucia oceniam neutralnie, bo muszę zapalić, bo nie wytrzymam mogę różnie interpretować. Nie wytrzyma z nią czy... No właśnie. Trzecia para to taka typowa pani i pan. Oboje nie najgorsi, ale ona jednak lepsza. Wydawać by się mogło, że trzyma pałeczkę w tym związku. Zimne nie to nie mówi wszystko. To taka para, kiedy wydaje Ci się, że są ze sobą bo są. I tyle. On jej coś daje, ona jemu. Coś wnoszą w ten związek, ale w sumie czy to ma jakiś sens? Na szczęście na parach się nie skończyło, było ich więcej ale te trzy szczególnie zapadły mi w pamięci. Reszta mieszała się z tłumem. Spotkałam obcokrajowców, nastolatków, tak zwane metalówy i hipisów. I tego starszego pana, który zagadał mnie o kawę i po chwili zaczął śmiało mówić o szerzącej się korupcji w Polsce. Starszy pan w płaszczu i w dużych okularach. Ze zmarszczkami na twarzy i wyraźnym nosem, czekający na spotkanie. Ludzie w kasach biletowych przychodzili i odchodzili. Wskazówka zegara ruszała do przodu. A ja tak siedziałam i obserwowałam to wszystko z mojego punktu widzenia. W gruncie rzeczy tylko czekałam, ale czas minął mi tak szybko. Było zimno, nie tylko dosłownie. Poczułam się przez chwile taka mała na tym dworcu i taka trochę niepotrzebna. Każdy z nich gdzieś podążał za swym celem, podróżą. Niektórzy wracali do rodzin, inni wyjeżdżali. Niektórzy mieli na kogo czekać, inni mieli dla kogo wracać, dla kogo się żegnać, dla kogo krążyć po tym cholernym dworcu w kółko z telefonem w dłoni, mieli dla kogo być. A ja siedziałam i poczułam się trochę jak nieczłowiek, bo tylko czekałam. W sumie na nic specjalnego. 
Takie miejsca dają niekiedy do myślenia. Zawsze zastanawiałam się, jak to byłoby znaleźć się w takiej sytuacji. Co innego kiedy obserwujesz sytuację dziesięć minut a całkiem co innego, kiedy tkwisz tak ponad godzinę. Ludzie odchodzą i wracają, przemijają jak te stacje docelowe na tablicach. Ludzie uwielbiają się witać, nienawidzą żegnać. Widać ten uśmiech powrotu, to zadowolenie, poczucie się wśród swoich. I chyba to jest najpiękniejsze, widzieć te powitania na własne oczy, z boku zupełnie nie uczestnicząc w nich. Zdałam sobie sprawę, że nie tylko melancholia się we mnie wkradła, ale i to uczucie spokoju. Dobrze jest wiedzieć, że ludzie mają do kogo jeszcze wracać. "Widzi pani, to jest piękne... Te przywitania pełne życia i życzliwości, te uściski i ten uśmiech. Bardzo to lubię." I ja też. Bardzo to lubię... Bardzo. 

1 komentarz:

  1. Jestem pewna, że jak teraz jeszcze nie widzisz tego celu, to za jakiś czas na pewno pojawi się w Twoim życiu i być może już całkiem niedługo to Ty będziesz tam stała ze łzami w oczach witając lub żegnając bliską Ci osobę. Ja w ogóle uwielbiam takie skupiska ludzi, gdzie mogę usiąść i poobserwować. Tak wiele można się nauczyć od innych i tak wiele można się dowiedzieć o sobie samej...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za komentarz. Na wszelkie pytania, sugestie odpowiadam pod postem.