20 października 2016

Czego nauczyła mnie Anna Karenina

Lecz nadszedł czas i zrozumiałam, że nie mogę się dłużej okłamywać, zrozumiałam, że jestem żywa i nie winna temu, że Bóg mnie taką stworzył, jaką jestem - spragnioną życia i miłości.
Poznawałam ją od pierwszych minut. Młoda, piękna, dostojna, czarująca i... spragniona. Na pierwszy rzut oka wydawała się szczęśliwą kobietą, dobrą żoną i kochającą matką. Wierna przy boku swojego mężczyzny, nigdy nie patrzyła w przeciwną stronę niż on. Miała wszystko, a tak naprawdę nic. Wydaje mi się to lekkim paradoksem. W rzeczywistości przecież ją kochał, ale na swój, mniej pokaźny, sposób. Chciała namiętności, cholernego romantyzmu i miłości jak z bajki. Zabrakło jej tylko jego, bo wszystko inne z siebie już wygrzebała.
Dawny melancholijny wieczór przyczynił mi się do obejrzenia adaptacji rosyjskiej powieści. Pierwsze minuty były zaskakujące, pomijając napisy i inne dyrdymały. Teatr? Oni tak na serio? Ile można, kiedy, jak, gdzie, olej go! Klasyka! I żałość, niedosyt. Tydzień, dosłownie tydzień, zajęło mi wyproszenie wątków tego filmu i przeżycia jej koszmarnych, a zarazem jakże namiętnych błędów. Czego nauczyła mnie Anna Karenina? Z pewnością tego, że kobieta, jeśli chce, może tyle co mężczyzna, a nawet znacznie więcej.


Nie podoba mi się wyniosłość, nie podobają mi się ludzie, którzy stawiają siebie wyżej od innych. Mam ochotę dać im rubla i powiedzieć: jak się dowiesz, ile jesteś wart, to wrócisz i oddasz resztę.
Słowa mówią same za siebie. 
Cała rozmaitość, cała krasa, cały urok życia składa się z kontrastów, ze światła i cieni.
Urok życia. Jakiego życia... U boku męża, którego brak, bo Petersburg ważniejszy? Światła i cienie. Jak wspomniałam, na pierwszy rzut oka całkiem szczęśliwa kobieta, spełniająca się matka. Życzliwa dla ludzi, z uśmiechem na twarzy. Nauczyła mnie, że życie zdecydowanie nie jest łatwe. Może ktoś z was wyskoczyłby z oburzeniem, że jak to! Ona? Ona nie miała łatwo? Miała wszystko: dom, męża, syna i pozycję na salonach. Czego jej mogło być niby brak? Ona po prostu była niewdzięczna i... nudna. Wręcz przeciwnie. Jej życie było za nudne, nie ona. Próbowała, starała się, ale nie potrafiła obudzić namiętności w mężu. I nagle pojawił się on. Wszystko szlag trafił, mimo licznych starań. Życie składa się z jasnych i ciemnych odcieni, czy tego chcemy czy nie. Trudno jest wybrać właściwe, a satysfakcjonujące nas samych. 
Zawsze cię kochałam, a gdy się kogoś kocha, to kocha się całego człowieka, takiego, jaki jest, a nie takiego, jakim by się go mieć chciało.
Anna nauczyła mnie, że kobieta może pokochać, kogo jej serce zechce i czasami naprawdę ciężko nad tym zapanować. Trudno zrozumieć to kobietom, które nigdy nie były głodne namiętności lub nigdy czegoś podobnego nie doświadczyły. Żądza miłości, intymności i uczucia przerasta nią samą. Nieważni stają inni, ich opinia, nieważny staje się nieczuły małżonek. Nawet kara i skutki, jakie będą tego romansu nie są w stanie jej zatrzymać. Gdy się kogoś pokocha, to kocha się go całego, nigdy na części. Nigdy takiego, jakim by się go chciało mieć, stworzyć. Romans Anny i Wrońskiego to coś trudnego do jednoznacznego ocenienia. Jest to przede wszystkim miłość szalona, namiętna i trudna. 
Ja mogę żyć tylko sercem, wy zaś żyjecie według zasad.
Żyć sercem... Co to w ogóle znaczy? Żyć według zasad ma przynajmniej jakiś sens, serce to możesz sobie wytatuować na piersi. Kobieta na granicy, chwiejnie stoi nad przepaścią. Pytanie dość proste, nieskomplikowane. Żyć dla siebie czy dla innych? Serce czy rozum? Serce, bo czasem warto. Nauczyła mnie, że cholernie ciężko wybrać między chwilowym szczęściem a rozsądkiem, porządkiem, jakimś schematem. Pokazała, jak kobieta bywa rozdarta między namiętnościami a powinnościami. 
Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób.
To takie prawdziwe! Szczęście u każdego wygląda dość podobnie: miłość, przyjaźń, pasja, praca, rodzina. Nieszczęście lubi przybierać różne formy. Jestem pewna, że co najmniej kilkanaście wpadnie Ci do głowy. Od każdego nieszczęśliwego człowieka usłyszysz co innego. To jest pewne. Zdrady, problemy finansowe, nałogi, obojętność, nawet cisza bywa silniejsza od muru. Rodziny potrafi podzielić więcej niż połączyć.
Jeśli prawdziwe jest powiedzenie: ile głów, tyle rozumów, to również prawdziwe: ile serc, tyle rodzajów miłości.
I najważniejsze. Od samego początku jej nie rozumiałam. To znaczy, inaczej... Rozumiałam ją z początków, później już tylko mówiłam do niej Anna, otrząśnij się, epoka romantyzmu się skończyła. Nie możesz do cholery być jak Werter! Byłam na nią zła, że tak lekceważyła Aleksieja, kiedy on, mimo wiedzy zdrady żony, mimo tego wszystkiego do czego doszło, był w stanie zapomnieć o wszystkim, o ile ona sprawi ten romans tylko wspomnieniem. Może powinnam być tutaj solidarna z nią, bo jestem kobietą, jednak po części jest mi żal Aleksieja. Za bardzo jestem zła na nią, zupełnie nie wiedząc, co ona robi ze swym życiem. Namiętność, miłość jednak zwycięża nawet kilka lat stałych uczuć. On zaniedbał, on stracił. Ona poznała smak rozkoszy, ona przeciwstawiła się wszystkim prawom utworzonym przez mężczyzn i odeszła. Nawet chęć zostania dla dziecka jej nie przekonała. Postawiła wszystko na miłość. Miłość ta była od samego początku skazana na niepowodzenie, potępienie. Nie wytrzymała. I nie wiem, czy rozsądne było rzucić się pod pociąg. 
Zimna, surowa Rosja i motyw władzy, bogactwa, arystokracji i salonów, wielkich balów i miłości. Nudnej i tej szalonej, ale tragicznej. Film poruszył mnie do tego stopnia, że nie mogłam przez tydzień przestać myśleć o fabule. Pokazuje nie tylko, jak działają rosyjskie salony i małżeństwa, ale miłość i jej rodzaje. Nie każda jest szalona, namiętna i wierna. Wierna to w ogóle żadna nie jest, w zupełności! Anna nauczyła, a raczej pokazała mi, ile kobieta jest w stanie wziąć na siebie w imię miłości. I niech mi żaden facet nie powie, że kobieta nie jest do tego zdolna. Że jak ma swoje zdanie to feministka. Że jak ma inne poglądy, to panienka. Że jak coś tam to... Nonsens. Nie każda kobieta jest głupia i nie każda musi być zołzą. I coś co mnie nauczyła już nie Anna, a Aleksiej to miłość na swój własny sposób. Myślę, że nie do zdjęcia uznał dziecko Wrońskiego za swoje, wychował je w miłości do niej. Może nie tyle film, co opowieść piękna. Dlatego nie mogę się doczekać aż przeczytam i na nowo przeżyję te emocje. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za komentarz. Na wszelkie pytania, sugestie odpowiadam pod postem.